kategorie
standard(34)
powody do radości(30)
emoł(12)
gegen hippies(7)

księga

www.flickr.com
This is a Flickr badge showing public photos and videos from csemege. Make your own badge here.

read.me
facebook
grono
last.fm
devart
spreadshirt

*.txt
hessia
natalia
słaby
hessia je jofu
ewa
joasia

*.jpg
mada
szym

*.nfo
rroarr
kalashnikov
porcys
spiffy content
gulda

*.exe
planescape: torment
no mutants allowed
terra-arcanum
monkey island
civilization III

*.mp3
roto
flymen
the car is on fire
vixo
bajzel
reverox
dick4dick
mitch and mitch

ownlog.com
fotolog.pl

2010
03
02
01
2009
2008
2007
2006
2005

szablon zajefaken
dzięki all-is-shit
statystyka

Link ::
Jeszcze w związku z Radiohead: zło w czystej postaci, czyli cover "High and Dry" Jamiego Culluma.



I komentarze:

better than the original from radiohead, definetly

i think Jamie sounds exteamly sexy and smooth when he sings this. He also has a great falsetto..(slot of peeps sound like dieing dogs when the hit those highs. I really digg this tune, the piano part is lovely m8. wink
Komentuj (0)


Link ::
Mam dosc duzo do napisania, ale moze zacznijmy od tego, przez co przed chwila poplakalam sie ze smiechu.

Otoz w zeszlym tygodniu zaczela sie komputerowa rejestracja na zajecia. Tak jak w zeszlym semestrze, ja mialam tylko zlozyc papier z moim rozkladem zajec w sekretariacie. Studentom zagranicznym nie jest dane rejestrowac sie na zajecia samodzielnie, diabli wiedza dlaczego (zapewne dlatego, ze jestesmy przez system uznawani za polmozgi i trzeba nas przy kazdej okazji nadzorowac). Dalam papier, papier zostal przyjety, dzis dowiedzialam sie, ze jestem na zajecia zarejestrowana, wiec luzik. Teraz mialam juz tylko jedna rzecz do zrobienia - dostarczyc moj rozklad zajec do Arai-sensei, koordynatorki japonistow. Praktycznie nie musze tego robic, bo nie moze ona mi nic zrobic, jesli go nie dostarcze, ale wiadomo - nie rob blizniemu, co tobie niemile, jak chce go dostac, niech ma. Wiedzialam jednak, ze moj rozklad zajec sie Arai-sensei za bardzo nie spodoba, wobec czego zakradlam sie do jej pokoju, zostawilam papier w segregatorze na drzwiach i oddalilam sie szybkim krokiem. W zeszlym semestrze dalam jej rozklad zajec osobiscie i to byl BLAD.

Dobra. Papier wsadzony, ja ide na stolowke, wciagam obiad, ide do biblioteki na komputer. Otwieram gmaila, a tu TRZY maile od Arai-sensei.

Mail pierwszy, do wszystkich japonistow.

"Drodzy japonisci. Dzis jest 30. kwietnia. Na dzis przypada termin dostarczenia mi rozkladow zajec. Jak na razie rozklady dostarczyly mi (a co, bedzie po nazwiskach - przypis komentatora) Kyo, Kata, Kim i Marta (czyli pozostale 4 osoby nie dostarczyly i pewnie tak juz zostanie. ojej - przyp. kom.). Pozostale osoby prosze o dostarczenie rozkladu zajec w terminie."

Mail drugi, do mnie.

"Droga Marta-san. Tak spojrzalam na Pani rozklad zajec i od wtorku do czwartku nie ma Pani zadnych zajec. (starych nie ma, chata wolna, oj bedzie bal! - przyp. kom.) Czyzby miala Pani zamiar cos robic POZA (podkreslenie moje - przyp. kom.) zajeciami?"

Mail trzeci, do mnie.

"W tym poprzednim mailu to sie pomylilam. W czwartek i piatek nie ma Pani zadnych zajec. (czterodniowy weekend, na staczanie sie i promiskuityzm na Kiusiu jak znalazl - przyp. kom.) Czyzby miala Pani zamiar cos robic POZA zajeciami?"

No i tu ryknelam smiechem na cala biblioteke. Arai-sensei po prostu przeszla sama siebie. Zastanawialam sie przez chwile, czy moze tak samo traktowani sa studenci japonscy (bo ogolnie klimat jest taki troche jak w zlobku), bo jesli tak, to nie nalezy sie tak obruszac. Ale chyba jednak tak traktowani nie sa - Fumio np. ma w tygodniu trzy godziny zajec i ogolnie los studenta japonskiego nie uchodzi za specjalnie ciezki. Zreszta watpie, zeby tu bylo zatrudnionych az tyle osob, zeby mial kto latac za tymi, co maja wolny piatek. Wiec chyba to chodzi jednak tylko o zagranicznych.

Absurd podejscia Arai-sensei do sprawy jest gigantyczny i nieogarnialny, ale moze jednak sprobuje. Zacznijmy od nakreslenia tla. Japonisci musza wyrobic 8 kursow przez dwa semestry (co jest w porownaniu z tym, co ja wyprawialam przez wiekszosc studiow w Polsce, po prostu smieszne). Ja, o czym juz pisalam, wyrobilam juz 7, ale w tym semestrze mimo to podeszlam do sprawy ambitnie i wzielam 5. W wiekszosci zajecia specjalistyczne przeznaczone dla Japonczykow (ktore zarowno pod wzgledem merytorycznym jak i formalnym wydaja sie o wiele bardziej edukujace niz te przeznaczone dla zagranicznych). Krotko mowiac - wyrabiam ponad 100% normy. W zeszlym semestrze zachowywalam sie porazajaco grzecznie i nudno (oczywiscie z braku partnerow). Najwiekszym ekscesem bylo chyba zapchanie kibla (wyszlo 2 many btw), ale to juz w tym semestrze. W kazdym razie po pierwsze: proba zmiany regul gry w trakcie smierdzi. Jesli uczelnia tak sie o nas boi, to niech na starcie uziemi nas od 8 do 8 na piec dni w tygodniu. Po drugie: naprawde piec godzin zajec w tygodniu, z tego cztery z Japonczykami, nie wydaje mi sie przesadnie lekkie. Po trzecie: siedziec kamieniem na uczelni moglabym w Polsce, tu znacznie wiecej naucze sie ruszajac z tej uczelni dupe. Po czwarte i najbardziej irytujace - znajduje potwierdzenie moj poglad, ze programy do wymiany miedzynarodowej w Japonii to piekny przyklad tokenismu i tyle. Kazda szanujaca sie uczelnia ma swoje centrum wymiany zagranicznej i mniej lub wiecej zagranicznych studentow, pisze o tym w folderach i w ogole ach jak pieknie i cudownie. Prawda jest jednak taka, ze studenci zagraniczni sa ze wszystkich sil odseparowywani od normalnego zycia uczelni, co zreszta nie jest zbyt trudne, bo mlodzi Japonczycy boja sie nas smiertelnie. Mamy sie kisic we wlasnym gronie, ewentualnie robic za maszynki do nauki jezyka angielskiego dla wolontariuszy z dwoch klubow studenckich, ktore sie obok nas kreca. Zajec mozemy wziac nawet malo i byle jakie, byle rozklad czasowy skutecznie uniemozliwial nam ruszenie sie poza uczelnie. To, co wyniesiemy z pobytu w Japonii, jest zupelnie nieistotne. Jesli wyjedziemy z przekonaniem, ze Japonia jest dziwna, nieosiagalna i ze absolutnie nie chcemy tu wracac, to nawet lepiej.

Tak poza tym to przede wszystkim najpiekniejsze jest to, ze obecnie rejestracja na zajecia juz sie zakonczyla i nie ma zadnego sposobu, zeby Arai-sensei wymusila na mnie zmiane rozkladu zajec. Zreszta nawet w trakcie rejestracji byloby to absolutnie niemozliwe, bo formalnie nie mozna sie do niczego przyczepic. I w tym momencie dreczenie mnie takimi mailami to po prostu dosc smieszne, ale jednak tez zenujace wscibstwo i nadgorliwosc.

Bonusowo: myslalam o znajomej, zrobilam google search i oto na jaki boski cytat trafilam:

"13. Los Trabantos „Rabatki”

Kontynuując wątek niezrealizowanych sympatii, wracając jednakowoż na prowincję i liryczny banalizm, proponuję utwór „Rabatki” drugiego w dzisiejszej audycji girls-bandu „Los Trabantos”. Zespół jest sławny nie tyle z powodu swoich ujmujących banalizmem tekstów, ale z tego, że basistka zespołu Ula Jabłońska jest uważana za najpiękniejszą na świecie osobę grającą na basie."

Tam jest tego wiecej, autor jest rowniez hardkorowym fanem zespolu Andy, ale juz wolalam nie czytac, bo bym sie jeszcze zdenerwowala. Czasami zaluje, ze urodzilam sie dziewczyna. Naprawde.
Komentuj (0)


Link ::
++ryan adams: shakedown on 9th street

do wyborów nie poszłam dwa razy w życiu. pierwszy raz dlatego, że bałam się ludzi (jak widać, już we wczesnej młodości wykazywałam dość dużą przenikliwość). ludźmi są zarówno pracownicy urzędu gminy centrum, w którym bałam się sobie wyrobić dowód osobisty, jak i pracownicy lokalu wyborczego, do którego bałam się pójść i poprosić o kartę do głosowania. w tamtych wyborach ogromny sukces odniosła samoobrona i wynikły z tego rozmaite tragedie; skupię się tutaj na jednej: ludzie uprzednio szczycący się wyłączaniem telewizora o 19:00 zaczęli w tempie ekspresowym nabierać "świadomości obywatelskiej" i prowadzić nadęte do granic możliwości dyskusje o upadku kultury, degeneracji elit i ogólnym schyjłku, co z założenia jest dość kretyńskie, ale w tym wypadku miało jeszcze ten dodatkowy smaczek, że w moim otoczeniu takie rozmowy prowadzili głównie uczniowie lo im. stefana batorego, która to szkoła była dla mnie przez poprzednie trzy lata ucieleśnieniem słowa "dno" i takim zresztą pozostała w klasie maturalnej. w ramach odprężenia między dyskusjami, nowonarodzeni obywatele rozpowszechniali tragicznej jakości żarty o solarce leppera, kurwikach begerowej i krawatach w paski. jeśli raz zakodowany film przepuści się ponownie przez virtual duba, wyjdzie coś bardzo marnego - co stanie się, jeśli zaczniemy żartować na temat żartu? proste.
drugi raz nie poszłam na wybory z powodów, które były o wiele mniej emo: po prostu o nich zapomniałam. przez cały weekend miałam bilety na seanse wmff od 9:00 do 21:00 i ominęły mnie zarówno cisza wyborcza, jak i same wybory. do drugiej tury przeszli wtedy tusk i kaczyński (dżerzy broflowski w "the young ones": "my my my, WHAT A CHOICE!"). w wyniku li i jedynie organicznej oraz ideowej niechęci do tuska głosowałam na kaczyńskiego (do którego czuję niechęć tylko ideową), będąc jednocześnie przekonana, że przegra ze względu znikomą atrakcyjność fizyczną oraz charyzmę. wyszło jednak na to, że organiczną niechęć do tuska odczuwa więcej polaków. dalej było standardowo - więcej dętych dyskusji prowadzonych przez ćwierćinteligentów uważających się za elity (temat w tym sezonie: łamanie wolności obywatelskich. "jeszcze nie zabronili sprzedaży prezerwatyw? no to jeszcze zobaczycie!"), platforma obywatelska kreująca się na partię postępową i społeczną z donaldem tuskiem w roli zbawcy narodu na czele i więcej POTWORNYCH dowcipów o wykształciuchach, kaczkach (ha ha ha) i romanie giertychu.
od tej pory postanowiłam zawsze głosować. wygląda na to, że kiedy nie głosuję, dochodzi do rzeczy strasznych.
Komentuj (2)


Link ::
++the pipettes: sex

-właśnie, co tam u nich?
-no są ze sobą chyba, nie? (ludzie nie mają w tym zakresie dużego wyboru, albo są ze sobą, albo nie są ze sobą. w tym przypadku chyba to pierwsze.)
-no tak słyszałam, podobno ona bardzo chciała, a on nie, no ale w końcu...
-(opowieści o szczerej miłości w końcu nagrodzonej niezwykle mnie wzruszają, nie mówię zatem nic i podnoszę puszkę do ust)
-wiesz, ją to lubię, ale jego to jakoś nigdy... (po czym oczywiście wszyscy obecni wypowiadają się odnośnie tego czy lubią jego, a jej to jakoś nigdy, czy może na odwrót. w "agentach bardzo specjalnych" jest taka para agentów którzy zabijają czas odpowiadaniem na pytania typu: "janet reno czy rosie o'donnell?" i "carmen electra czy pamela anderson? obie mają drożdżaki?", skojarzyło mi się to z tą rozmową. oba warianty mało interesujące, i w ogóle who gives a damn.)

dwa tygodnie temu potwornie się rozchorowałam, a po dojściu do siebie stwierdziłam że koniec z rujnowaniem sobie zdrowia, czyli wegetarianizmem. postanowiłam przestać jeść mięso po trzeciej klasie liceum. po pierwsze, chciałam być taka jak morrissey (brzmi głupio, ale interesowałam się wtedy littleton, tedem bundym, carylem chessmanem i barbarą graham, więc to że chciałam być akurat taka jak morrissey uważam za niezły wynik), po drugie, chciałam udowodnić mojej ciotce że mogę nie jeść mięsa. już jakiś czas temu wyrosłam z chęci bycia jak ktoś tam i udowadniania ciotkom czegokolwiek, no więc tak. nigdy więcej współczującego potakiwania tekstom typu "wiesz i odkryłam że w jogurcie jest żelatyna wieprzowa, i NORMALNIE MYŚLAŁAM ŻE SIĘ ZABIJĘ!!". nie jest to główny powód, ale.
Komentuj (10)


Link ::
++johnny cash: a boy named sue (live at san quentin)

-to na tej kartce od zarządu wspólnoty mieszkaniowej na windzie, 'zarząd musi odejść', to tata napisał?
-nie. ojciec mówi że to ktoś inny.

mam koleżankę. kiedyś chodziłyśmy razem na imprezy i obracałyśmy w jednym kółku wzajemnej adoracji, co przez otoczenie było interpretowane jako dowód sympatii, a nawet przyjaźni (notabene nic bardziej mylnego, ze znanych mi środowisk najbardziej zintegrowane są kółka wzajemnej nienawiści i podejrzliwości), potem kółko się jakoś, mimo sympatii i szacunku jakimi się wszyscy nawzajem darzyliśmy, rozlazło i nasza znajomość razem z nim. widujemy się rzadko, na imprezach spotykamy przypadkiem, ale czasami jednak zdarza nam się na siebie trafić, i wtedy rozmawiamy. może się to wydać dziwne, ale albo to, albo ciągnięcie za guzik od płaszcza, syfon i sikanie do pantofli, a takie postępowanie przecież młodym dobrze wychowanym ludziom nie uchodzi. a zatem rozmawiamy, i wtedy ona pyta mnie o moich znajomych. o to, czy się z nimi widziałam, z kim przyszłam na imprezę, i tak dalej. wychodząc z założenia, że niegrzecznie jest opowiadać komuś szczegółowo o ludziach których zna z widzenia albo w ogóle, których, sądząc z tego jak rzadko się z nim widujemy, raczej nie pozna, i których, gdyby ich w końcu poznał, raczej by nie polubił, udzielam odpowiedzi krótkiej i ogólnikowej. wtedy ona, wychodząc z jakiegoś zgoła innego i niezrozumiałego dla mnie założenia, spuszcza ze smyczy watahę znajomych płci obojga, którzy albo mają artystyczną duszę, albo są specyficzni, albo robią zdjęcia (oczywiście nie chodzi o ciocię w szortach na tle sfinksa, tylko o zdjęcia butów, grzyba na ścianie i ogólny klimat intensywnego życia wewnętrznego).
sytuacja jest do pewnego stopnia symetryczna. ja też ich nie znam i raczej nie poznam, więc guzik mnie obchodzi co robią, czym się interesują, z kim się obecnie prowadzają i co śmiesznego powiedzieli, wracając ostatnio z imprezy. wyłączam się i myślę o tym rysunku z kalashnikova, świetna impreza chłopaki, najlepsza w tym sezonie, szkoda, że nikt was nie zaprosił. zaczynam się zastanawiać, czy ona naprawdę lubi tych wszystkich ludzi, a jeśli tak, to czy za coś więcej niż to że może mi o nich teraz opowiadać. zastanawiam się, o co chodzi z tym nazywaniem wszystkich hurtem kolegami - nigdy tego nie rozumiałam, kolegami nazywała zarówno kompletnych wieśniaków, jak i ludzi stojących sto oczek wyżej. przypomina mi się kolega, który zwierzył mi się z problemu polegającego na tym, że nie wie o czym rozmawiać z dziewczynami. byłam wtedy mniej śmiała, i odbąknęłam coś kompletnie bezbarwnego, teraz powiedziałabym mu, że też przeważnie nie wiem i im dalej w las, tym bardziej podejrzewam, że, przeciętnie rzecz biorąc, dziewczyny nie są od tego, żeby z nimi rozmawiać.
dość szybko robi się cicho, a potem się rozchodzimy. do następnego spotkania i rozmowy, która, założę się, będzie miała taki sam przebieg.
Komentuj (8)